NOWOŚĆ OD NIVEA - ŻEL POD PRYSZNIC NIVEA CLAY FRESH - GINGER & BASIL - czy warto?

NOWOŚĆ OD NIVEA - ŻEL POD PRYSZNIC NIVEA CLAY FRESH - GINGER & BASIL - czy warto?


Jakiś czas temu miałam okazję wypróbować nowość od Nivea  - żel pod prysznic z glinką - imbir i bazylia- Nivea  Clay fresh ginger & basil. 
Kosmetyk, który zawiera w swoim składzie wysoką zawartość białej glinki o silnych właściwościach ściągających, regenerujących i odżywczych. Glinka wychwytuje wszelkiego rodzaju zanieczyszczenia, wygładza i ujędrnia skórę a także poprawia jej elastyczność. Dodatkowo genialne połączenie bazylii i imbiru pobudza, dodaje siły, witalności i napawa optymizmem. 
Gdy tylko otwarłam wieczko produktu - przepadłam. Nuty zapachowe bazylii i imbiru były dla mnie nieziemskim połączeniem. Od razu wiedziałam, że ten żel zostanie ze mną na dłużej. 
Zapach jest bardzo świeży, odrobinę cytrusowy, bazyliowy, nieszablonowy, energetyczny. Cudowny. Szczerze powiedziawszy mogłabym go wąchać całymi dniami. Jak już wcześniej wspomniałam, pobudza do działania i daje mega pozytywnego kopa. 
Żel pod prysznic Nivea Clay Fresh posiada kremową konsystencję o pastelowym, zielono-błękitnym kolorze. Świetnie rozprowadza się na skórze, dobrze się pieni,oczyszcza i odżywia skórę. Staję się ona miła w dotyku, nawilżona, aksamitna i pięknie pachnąca. 
Niewątpliwym atutem jest fakt, że żel jest bardzo wydajny - już niewielka jego ilość wystarcza by pokryć nim ciało. Idealnie sprawdza się podczas domowego SPA.
Żel ukryty jest w wygodnej w użyciu błękitnej buteleczce o opływowych kształtach. 

Warto także dodać, że żel nie podrażnił skóry, nie uczulił, nie wysuszył.
Sprawdzi się zarówno podczas letnich, ciepłych dni - orzeźwi, ochłodzi; ale i można używać go również jesienią i zimą - zrelaksuje, wyciszy, napawa energią a tym samym wywoła uśmiech na naszej twarzy...


Sądzę, że żel pod prysznic Nivea Ginger & Basil  na dłużej zagości w mojej kosmetyczce. Nieziemskie połączenie imbiru, bazylii oraz glinki, cudowny zapach oraz świetne działanie sprawiają, że codzienny prysznic staje się jeszcze większą przyjemnością. Koi zmysły, dodaje energii i fenomenalnie relaksuje. 
Jestem jak najbardziej na tak. Spróbuj i Ty a z pewnością nie pożałujesz! MYŚLĘ ŻE WARTO!

Znasz nowe żele pod prysznic NIVEA CLAY FRESH? 
Jeśli tak, co sądzisz na ich temat? 


Pozdrawiam ciepło, 








TRZYDNIOWA OCZYSZCZAJĄCA DIETA SOKOWA NUJA - CZY WARTO?

TRZYDNIOWA OCZYSZCZAJĄCA DIETA SOKOWA NUJA - CZY WARTO?

Od zawsze byłam bardzo sceptycznie nastawiona do diet sokowych. Nie wyobrażałam sobie spożywania takiej formy pożywienia przez cały dzień. Było to dla mnie totalnie abstrakcyjne. 
Może było to spowodowane faktem, że nigdy nie przepadałam za dużą ilością soków. Sporadycznie - jak najbardziej. Na śniadanie, obiad , podwieczorek, kolacje? Niekoniecznie.
No ale... jakaś tam część mnie chciała jednak zapoznać się z takimi produktami, wypróbować na własnej skórze i poczuć te efekty.
No i w końcu się skusiłam!

Czy byłam zadowolona z kuracji? Czy wytrzymałam? Czy soki były smaczne?
Jak sądzicie?
Producent podaje, że trzydniowa oczyszczająca dieta to świetny wybór dla osób, które zaczynają przygodę z detoksem sokowym. Przez kolejne trzy dni z rzędu spożywamy odpowiednio dobrane i przygotowane soki owocowo-warzywne. Kolejność spożywania soków jest nieprzypadkowa - narzucona przed dietetyka.

W skład diety oczyszczającej która do mnie dotarła wchodziło 15 świeżo wyciskanych soków (które koniecznie należy przechowywać w lodówce i spożyć w odpowiednim terminie - kilku dni - każda butelka miała naklejoną datę ważności), opakowanie termiczne gwarantujące odpowiednią temperaturę z chłodzącym wkładem żelowym (dzięki temu mamy 100% pewność, że soki nie popsują się w trakcie transportu i przechowywane są w odpowiedniej temperaturze). Dodatkowo w przesyłce znajdziemy instrukcje wraz z zaleceniami dietetyka, wskazówkami z szybkimi przepisami na fit sałatki oraz metr który umożliwia śledzenie postępów. Bo przecież producent podaje, że w ciągu tych trzech dni detoksu sokowego możemy zrzucić nawet 2 kilo! 

Jeśli mam być szczera, nie chciałam zrzucić zbędnych kilogramów. To nie jest tak, że nie mam. Co to, to nie. Po prostu chciałam oczyścić się z toksyn, wyregulować procesy trawienne, wzmocnić organizm i uzupełnić witaminy oraz mikroelementy, przyśpieszyć metabolizm i zrównoważyć poziom alkaliczny.
Pierwszy dzień był bardzo ciężki. Jakoś nie mogłam przyzwyczaić się do spożywania głównie płynnego jedzenia. W między czasie mogłam pić duże ilości wody, herbatek ziołowych i w przypadku uczucia głodu zjeść owoc lub warzywo. 

Soki należało wypijać w równych odstępach czasu - zwykle co 2-3 godziny. Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że soki smakowały nieziemsko. Ciężko stwierdzić który najbardziej przypadł mi do gustu. 
Ich nazwy sprawiały że uśmiech gościł na mej twarzy. 
Co ranek w okolicach godziny 8.00 wjeżdżał sok o wdzięcznej nazwie MOJE SZCZĘŚCIE
który niewątpliwie pobudzał do działania i dawał pozytywnego kopa. Połączenie kurkumy i imbiru dopełniało całości. Było ostro i rozgrzewająco.
Następnie na drugie śniadanie należało wypić MOJĄ MŁODOŚĆ z lekką dozą chlorelli i jarmużu. 
Na obiad piłam MOJĄ MIŁOŚĆ - jeden z moich ulubionych soków. 
Mega orzeźwienie, a przy tym coś słodkiego. Malina, truskawka i świeża mięta to niebanalne połączenie które na dłużej pozostanie w mej pamięci. Kubki smakowe szalały. Serio.
Około 14.30 przychodził czas na wypicie soku MOJE PIĘKNO.  Kolejny zielony koktajl tym razy bogaty w młody jęczmień. Z tego co wiem to co zielone jest bardzo zdrowe. Bogate w żelazo i witaminy. Mnie jednak te zielone soczki najmniej przypadły do gustu. 
W porze podwieczorku miałam przygotować sobie jedną z trzech sałatek. Przepisy jak wcześniej wspomniałam znalazłam w instrukcji. 
A na kolacje mogłam wypić MOJĄ ROZKOSZ -  czyli genialne połączenie buraka i pomarańczy z dodatkami. SZTOS!

Jak wcześniej wspomniałam soki były naprawdę bardzo dobre, smaczne jednakże ciężko było mi je wypić. Nie jestem nauczona do spożywania takiej ilości. Soki jednak zdały egzamin. Czułam się po nich lżej, miałam więcej energii i nieco skurczyłam żołądek. Po skończeniu detoksu staram się jeść bardziej regularnie, spożywać większą ilość wody i... jestem szczęśliwa, bo mi się to udaje! 
Sądzę, że warto raz na jakiś czas skusić się na coś takiego. Oczyścić organizm z toksyn, złogów i czuć się o wiele lepiej! 


Znacie diety sokowe?
Stosowaliście?

#Karolajn.El by travel - Holandia  CO WARTO ZOBACZYĆ W HOLANDII CZ. 1

#Karolajn.El by travel - Holandia CO WARTO ZOBACZYĆ W HOLANDII CZ. 1

W kwietniu miałam okazję po raz pierwszy w życiu zobaczyć Holandię. Byłam bardzo ciekawa tego kraju, kultury, ludzi. Chciałam na własne oczy ujrzeć wiatraki - takie prawdziwe jak w książkach i bajkach - drewniane. Chciałam zrobić zdjęcia polom tulipanów, które są nieodłącznym elementem tego kraju. Od dziecka o tym marzyłam. Naprawdę.
Chciałam spróbować prawdziwe holenderskie sery, zobaczyć charakterystyczną dla Niderlandii architekturę. Chciałam pojechać do Amsterdamu i zrobić fotki mostom, do których przypięte są rowery. Chciałam jeździć na rowerze holenderskimi uliczkami i delektować się tamtejszą przyrodą.
Tak też się stało! Byłam w Holandii. Wypad zaliczam do udanych. Pogoda dopisała. Przez większość naszych małych wakacji było słonecznie. Temperatury jednak nie były jakieś bardzo wysokie, ale to nie przeszkadzało. Było pięknie. Tak jak sobie wymarzyłam. Zobaczcie sami...


KINDERDIJK


Kinderdijk to wioska w Holandii, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Kinderdijk położone jest na polderze do którego osuszenia zbudowano system wiatraków, z których 19 zachowało się do dziś. Na chwilę obecną jest to największe skupisko zabytkowych wiatraków w Holandii i jedna z najbardziej znanych atrakcji turystycznych.

Na zwiedzanie tej wioski warto wybrać się na rowerze. Jest szybciej i przyjemniej. My w Kinderdijk spędziliśmy w okolicach 5 godzin. Było tam tak cudnie! Mega instagramowo. Zrelaksowałam się tam na maksa. Zdjęcia w ogóle nie oddają całego uroku. Tam było milion razy piękniej!


Nawet w snach nie sądziłam, że zobaczę tyle wiatraków w jednym miejscu. Niewątpliwą atrakcją była możliwość obejrzenia kilku wiatraków "od środka". W ciągu niespełna kilku minut można było przenieść się w czasie i zobaczyć te piękne wnętrza. 
Ta wioska totalnie mnie oczarowała. Do tego stopnia, że uśmiech nie schodził z mej twarzy a w mych ustach jak mantra brzmiały słowa: "Ale tu pięknie..." 

HEUSDEN

Heusden to niewielkie, urokliwe miasteczko położone w południowej Holandii leżące nad rzeką Maas. Miasteczko jest bardzo klimatyczne. Prócz interesującej architektury, pozostałości fortyfikacji utworzonej w XII w, znajduje się tu kilka wiatraków które pełnią funkcję ozdobną.
Warto zatrzymać się tu, zrelaksować, odpocząć i napić pysznej kawy. My tak zrobiłyśmy! :) 


BREDA 

Breda to kolejny holenderski wycieczkowy "must have". Breda zaliczana jest do jednych z najpiękniejszych miast w Holandii. Zgodzę się z tym w stu procentach. Jest bardzo urocza, malownicza i po prostu piękna.
Znajdziemy tu obszerny rynek, nad którym króluje gotycki kościół ze strzelistą wierzą. Co więcej dostrzeżemy masę prześlicznych kamieniczek pełnych pubów, klimatycznych knajpek, kawiarni i restauracji. 

W miasteczku znajduje się również przepiękny park w którym możemy zobaczyć wolnobiegające kury i koguty. Jest to także idealne miejsce na postój i złapanie oddechu.
 A Breda nocą... na długo zapadnie mi w pamięci!

ROTTERDAM


Kolejnym miejscem, które koniecznie chciałam zobaczyć będąc w Holandii był Rotterdam. 
Dynamicznie rozwijające się miasto pełne świeżej energii i innowacji. 
Tutaj Holandia nabiera całkowicie nowego znaczenia. Widzimy drapacze chmur, największy w Europie port, niepowtarzalne mosty, muzea, kawiarnie, restauracje, targowiska, różnoraką kulturę i wiele nowości. 
Po Rotterdamie najwygodniej oczywiście poruszać się rowerem. Tak też zrobiliśmy. Było to jednak dla mnie nie lada wyzwaniem.Obawiałam się że zostanę przejechana przez innego rowerzystę. Tam tak wszystko pędziło. Trzeba było mieć głowę na karku. I oczy dookoła głowy.
Wjeżdżając do centrum miasta moją uwagę przykuła charakterystyczna budowla przypominająca odwrócone domki (ah ta moja interpretacja.) Cube hause to nic innego jak kompleks mieszkaniowy z lat osiemdziesiątych XX wieku którego domki mają kształt sześcianów pochylonych o 45 stopni. Wygląda to naprawdę niesamowicie. Budowle znajdują się tuż przy stacji metra i hali targowej Markthal.
Halę Targową Markthal koniecznie trzeba zobaczyć podczas pobytu w Holandii i wycieczki do Rotterdamu. Architektura budynku  przypomina kształtem podkowę wewnątrz której znajduje się targ. Całość robi niebywałe wrażenie, zwłaszcza że środek budynku pomalowany jest w niesamowity i wyrazisty sposób. Przyciąga wzrok i robi wrażenie. Nie skłamię twierdząc, że wnętrze budynku jest prawdziwym dziełem sztuki.
W Markthal znajduje się wiele sklepików, restauracji i stoisk z różnymi przysmakami z różnych zakątków świata. W powietrzu unosi  się niezliczona ilość aromatycznych zapachów.
Wszystko wygląda mega apetycznie. Aż ślinka cieknie na sam widok... 
Nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie spróbowała gofra, który swoją drogą był rewelacyjny! 
Będąc w Rotterdamie udaliśmy się także na punkt widokowy Euromast - zbudowany w latach 1958-1960. Na chwilę obecną punkt widokowy ma 186 m i rozpościera się z niego panorama na całe miasto i port. 
Wieża widokowa składa się z dwóch kondygnacji. Na pierwszym poziomie znajduje się restauracja natomiast na drugim poziomie mamy do czynienia z platformą w kształcie koła, do której wchodzą odwiedzający. Platforma zamyka się a następnie powoli, obracając się wokół własnej osi wyjeżdża na szczyt wieży. Platforma jest przeszklona i pozwala delektować się przepięknymi krajobrazami i panoramą otaczającego świata.
Widok naprawdę robił wrażenie. Uwielbiam takie rzeczy. Platformy widokowe, oraz oglądanie miast z lotu ptaka (albo chociaż z wieży) jest genialne!


SAFARI PARK BEEKSE BERGEN 

I na ostatek wisienka na torcie. Zoo. Ale nie takie zwykłe. Tylko Safarii Park. Zwierzęta sobie spacerują a my jeździmy tam albo specjalnie do tego przeznaczonym autobusem albo własnym samochodem. 

Przeżycie rewelacyjne. Jedziesz- a tu nagle przechodzi obok Ciebie jaguar albo pędzi stado słodkich krówek. Nie wspominając o żyrafach, które skradły nasze serce i dogłębnie wypucowały szybę! Śmiechów i hihów nie było końca. Żyrafy wygrały!

A już niebawem dalsza fotorelacja z wyjazdu...
a w niej...
Kwiaty, kwiaty, kwiaty i... AMSTERDAM!


Bądźcie czujni!




Copyright © 2016 My little world by Karolajn , Blogger